Do swojego pokoju wróciłam najszybciej jak umiałam. W torbę podróżną spakowałam wszystkie ciuchy jakie miałam (a wierzcie mi, nie było tego zbyt wiele), dwie pary butów, telefon i słuchawki, a także moje świece, zioła i księgę zaklęć. Gdy miałam 15 lat, dostałam od mojej cioci kartę kredytową z mnóstwem pieniędzy na koncie. Było to moje ubezpieczenie gdyby coś jej się stało. Zawsze pilnie strzegłam tego kawałka plastiku ukrytego w sekretnej kieszonce mojego stanika. Teraz wyciągnęłam kartę z biustonosza i schowałam ją do kieszeni czarnej kangurki z białym logo zespołu Placebo.Miałam na sobie tą bluzę, czarne dżinsowe spodenki i moje czarne vansy. Dla reszty Akademii była "noc" co mi ułatwiło sprawę. Bezszelestnie przemknęłam przez dziedziniec i przeskoczyłam zwinnie przez ponad dwu metrowy mur oddzielający szkołę od reszty świata. Idąc w stronę przystanku autobusowego rozmyślałam o moim pobycie tutaj. Wszyscy byli piękni i w sile wieku. Nawet nauczyciele. Kiedy tu przyjechałam, byłam pewna że trafiłam do jakiejś specjalnej szkoły dla nocnych łowców. Ale teraz już nie byłam o tym przekonana. Który nocny łowca, którego znałam z ciągłej podróży które prowadziłyśmy z ciotką, czytał w myślach.? Albo skakał tak wysoko jak ja.? Lub był tak silny jak Jacob.? No właśnie, żaden. Poza tym ja potrafiłam przywoływać duchy. Było to straszne doświadczenie i w najbliższym czasie nie miałam zamiaru go powtarzać. Ale ta wizyta w przeszłości bardzo mi pomogła. Poznałam, a raczej zobaczyłam moich rodziców. I dowiedziałam się że mam siostrę bliźniaczkę. Ale ich straciłam. Rodziców, kobietę którą przez lata uważałam za moją matkę, i siostrę. Chociaż gdyby Alyssa umarła, musiałabym to poczuć. No bo przecież była moją idealną kopią, tylko miała czarne włosy zamiast rudych. Nie wiedziałam gdzie jej szukać, ale znałam kilka przyjaciół mojej ciotki.
Nawet nie zauważyłam że autobus już przyjechał. Wsiadłam, podałam nazwę miejsca gdzie chciałam jechać i zapłaciłam za bilet. Miałam jeszcze trochę banknotów. Usiadłam obok starszej pani ubranej w różową letnią sukienkę z kolorowymi kwiatami i duży słomiany kapelusz z różową wstążką. Przywitałam się grzecznie. Staruszka spojrzała na mnie błękitnymi oczami i uśmiechnęła się szeroko.
-Witaj dziecko.
Jak dla mnie dość dziwne powitanie jak na XXI wiek no ale spoko. Gdy autobus zatrzymał się na moim przystanku, staruszka wysiadła razem ze mną, poprowadziła mnie na ławkę przy przystanku i spytała.
-Jesteś tu sama.?
-Tak-odpowiedziałam z wahaniem.
-Dziewczyna w twoim wieku nie powinna chodzić sama.
-Jestem już prawie dorosła.
-Wiek nie świadczy o dojrzałości. Możesz mieć nawet 50 lat, ale nadal możesz zachowywać się jak dziecko. O twoim wieku świadczą twoje czyny, myśli, uczucia i twoja postawa. Zapamiętaj to kochana. Zawsze to pamiętaj-powiedziała z poważną miną, po czym uśmiechnęła się szeroko.-Nie mogę Cię puścić tak samej. Jeśli chcesz to przedstawię cię mojej wnuczce, jest w twoim wieku.
-Przepraszam że przeszkadzam, ale przyszedłem po moją przyjaciółkę.-powiedział męski głęboki głos.
Rozejrzałam się wokół. Nikogo nie było. Tylko jeden wysoki,chłopak stojący za mną.Był nieziemsko przystojny.Znałam go. Uśmiechał się do mnie szeroko z roziskrzonymi szarymi oczami i ułożonymi w klasyczny nieład blond włosami. Posłałam mu lekko zdziwiony acz szczerze rozbawiony uśmiech.
-Cześć Tesso- przywitał się.
-Cześć Shane.-odpowiedziałam.
-----<3----
No heej ludziska.!! <3 Mam nadzieję że rozdział się spodobał.Mam dla was kilka informacji i próśb.
1) odpowiedziałam na wasze poprzednie komentarze
2) proszę was o nowe komentarze, ze szczerymi opiniami na temat danego postu lub tego blogu.
3)Tak, jestem dziewczyną :3
4) Dziękuję za wasze opinie.
5) postaram się częściej dodawać posty.
6) Jeśli macie taka możliwość, odwiedzajcie mojego bloga codziennie, :)
7) BARDZO Wam dziękuję że ze mną jesteście.
Wasza obecność wiele dla mnie znaczy. Dla autora, najważniejsi są czytelnicy, czyli Wy. Jeszcze raz zachęcam do odwiedzania mojego bloga i proponowania go waszym znajomym, bliskim czy przyjaciołom.
Dziękuję, Angelika.(Czyli ja, hehe :p)
Łączna liczba wyświetleń
środa, 20 sierpnia 2014
środa, 13 sierpnia 2014
Rozdział VII
Wokół mnie kłębiły się przezroczyste blade postacie. Miały szeroko rozszerzone czarne jak węgiel oczy, niektóre twarze były wściekłe, większość była przerażona.
Byli to ludzie w różnym wieku, różnej płci i rasy. Mimo ich bladości dało się ich odróżnić. Otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. Wiedziałam o istnieniu duchów ale nigdy żadnego nie widziałam. Jako Łowczyni Demonów przyzwyczaiłam się już do dziwnych i paranormalnych rzeczy i istot. Ale cóż, byłam tylko nastolatką. Samotną i przerażoną.
-Kim.. Kim wy jesteście.?-zapytałam zjawy lekko drżącym głosem.
Nagle wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Z szeregu wystąpiła stara kobieta z długimi siwymi włosami gładko opadającymi na plecy. Miała na sobie staroświecką długą suknię z surowego materiału.Wyraz jej twarzy był nieodgadniony.
- Chciałaś poznać swoją przeszłość. Nieświadomie nas wezwałaś. Jesteśmy zjawami przeszłości. Każde z nas zmarło tragicznie. Niektórzy z nas zostali zamordowani. Inni ulegli tragicznym wypadkom. Zginęli w młodym wieku lub mają jakieś niedokończone sprawy. Ale żadne z nas nie zaznało spokoju. Świat żywych i martwych dzieli cienka granica. Są ludzie którzy wzywają nas w określonym celu, lub chcą nas wykorzystać. Ty jednak przywołałaś nas nieświadomie. Lecz szukasz odpowiedzi. Więc pytaj. Ale pamiętaj, musisz zadawać mądre pytania, żeby uzyskać mądre odpowiedzi.
Chwilę myślałam nad jej słowami. Czego ja tak właściwie chciałam.?Tak naprawdę nie znałam swoich rodziców. Nic o nich nie wiedziałam, przez lata sądziłam że moją matką jest moja ciotka. Okłamywała mnie przez cały ten czas. Choć wiedziałam że chciała mnie chronić, było mi smutno kiedy o tym myślałam.
Ale teraz musiałam się wziąźć w garść. Rozmawiałam z duchem. Czułam się nieswojo. I nie byłam bezpieczna. Dusze ludzi którzy nie zaznali spokoju mogą być dość.. cóż, wredne. Uspokoiłam oddech i drżenie dłoni. Wzięłam głęboki oddech.
-Chciałabym poznać swoją przeszłość.
Kobieta patrzyła na mnie chwilę, po czym mruknęła.:
-Niech więc tak się stanie.Ale uważaj dziecko. Nie wszystko co jest zapomniane, chce żebyś to odkryła.
Zapomniane, odkryła, uważaj.
Te słowa tłukły mi się po głowie. Czułam się jakbym spadała w dół z zawrotną prędkością. Kolory przed oczami mi się rozmazywały. Poczułam mdłości.
Nagle wszystko się zatrzymało. Jakby ktoś zatrzymał klatkę w filmie.
Znalazłam się przed domkiem. Była to mała budowla. Jednopiętrowy, z balkonem, pomalowany na blado- niebiesko z ciemnoczerwonym dachem. Przed budynkiem rozciągał się różany ogród z dużą drewnianą huśtawką i kilkoma ławkami. Ten obrazek był wprost magiczny.
Z domu wyszedł wysoki mężczyzna o dużych hebanowych oczach zupełnie jak.. zupełnie jak moich. Za nim szła wysoka rudowłosa kobieta,która była praktycznie moim odbiciem. Za tą roześmianą parą wyszła....moja mama. Moja ciocia. Za nią wyleciały dwie identyczne dziewczynki. Jedna była odbiciem tej wysokiej rudowłosej kobiety, druga mężczyzny o moich oczach. Kobiety i mężczyzna usiedli na jednej z ławek a bliźniaczki biegały po podwórku bawiąc się w berka. Przyglądałam się mojej cioci. Miała beztroski wyraz twarzy. Żadnych blizn. Wydawała się młodsza o jakieś 14 lat. I miała blond włosy, łagodniejsze rysy twarzy. Z uśmiechem zwróciła się do rudej.
- Są takie szczęśliwe. Jestem pewna że wyrosną na piękne kobiety. Rosemarie jest twoim odbiciem Eris, a Allyssa ma takie same oczy i włosy jak Dominik. Rose też ma jego oczy. Tak się za wami stęskniłam. Od śmierci Jace'a jestem sama.
-Nie jesteś sama Lex., na nas zawsze możesz liczyć. Poza tym, dla Lyss i Rose jesteś jak ciocia.- powiedziała Eris.
-Taaak, nic tylko paplają o tym co im kupiłaś. Nie mogłaś wymyśleć czegoś mniej hałaśliwego.?-zapytał mężczyzna, Dominik.
-Nie przesadzaj, koty wcale nie są hałaśliwe.- stwierdziła ciocia.
Ale dlaczego ta cała Eris mówi do mojej mamy- cioci Lexi..? Przecież ma na imię Sara. Sara Adams. I dlaczego trafiłam akurat tutaj.? Przecież miałam poznać swoją przeszłość. Moje wspomnienia. Ale jeśli trafiłam akurat tutaj, to znaczy że... właśnie poznałam moich rodziców. I siostrę. Ale mój tato został zabity przez jakiegoś demona. Tylko że to nie był mój tato. To był ten Jace. Czyli to znaczy że Sara Adams nie była moją matką ani ciotką. Nawet nie nazywała się Sara Adams.
Przez wszystkie te lata mnie okłamywała. Ale dlaczego.? Skoro byłam taka szczęśliwa z moją rodziną.? Co takiego mogło się stać.?
Przez chwilę nic nie widziałam. Po chwili zobaczyłam jaskrawe światła przesuwające się jak w kalejdoskopie. Nagle wszystko ustało tak jak wcześniej. Przeniosłam się w czasie, choć nadal byłam przed tym samym domkiem. Ale teraz było inaczej. Bardziej ponuro. Zapadała noc. Wszystkie światła w domku się paliły. Weszłam cicho do środka. Wewnątrz panował totalny bałagan. Szafy,szafki i szuflady były pootwierane i przeszukane. Na podłodze w salonie leżała sterta ciuchów. Ktoś przeszukiwał dom szybko acz skutecznie. Ale widocznie tego nie znalazł. Posprawdzałam wszystkie pokoje. Wszędzie panował taki sam bałagan. Wyszłam na zewnątrz i stanęłam jak wryta. Na zielonej trawie leżały duże kupki szarego popiołu. Do oczu naszły mi łzy, powróciło wspomnienie, które uznawałam za koszmar.
-Kochanie, Tesso skarbie wstawaj.-powiedział cicho, lecz nagląco kobiecy głos.
-Mamo.?-spytałam sennie.
-Musisz wstawać. Pojedziesz na wycieczkę z ciocią Lexi.
-Teraz.? Ale mamusiu, ja chcę spać.
-Wiem skarbie. Ale to jest bardzo ważne.
Mama wrzuciła do torby podróżnej mój ulubiony kocyk, ciuchy i przytulanki. Pomogła założyć mi moją kurteczkę i ubrać kozaczki.Zawiązała mi na szyi szalik. Wzięła mnie na ręce, chociaż potrafiłam sama chodzić. Miałam przecież już 4 latka.!
Wiedziałam że mamusia jest smutna. Płakała...
-Tesso. Teraz musisz uważnie mnie posłuchać. Zaraz przyjedzie ciocia Lex i zabierze Cię daleko stąd, gdzie będziesz bezpieczna. Zaopiekuje się Tobą.
Ja też zaczęłam cichutko szlochać.
-Ale..ale co z Tobą i tatusiem..
-Kochanie...muszę ci coś powiedzieć. Tatuś jest w niebie z aniołkami i już do nas nie wróci.
-Opiekują się nim aniołki.?-spytałam całkiem poważnie, przestając płakać.
-Tak.
Nagle mama szybko wybiegła przez frontowe drzwi. Na podjeździe stał samochód. Nie mogłam rozpoznać koloru, ponieważ był środek nocy. Z samochodu wyskoczyła starsza siostra mojej mamy, ciocia Em. Bez żadnych pytań wzięła od mamy torbę i wrzuciła ją do bagażnika. Mama postawiła mnie na ziemi i uściskała ciocię.
-Dziękuję- szepnęła, choć i tak ją słyszałam.
Nim zdążyłam krzyknąć, jakieś silne, męskie i obce ramiona wzięły mnie wysoko w górę. Mama próbowała mi pomóc, ale jakiś mężczyzna walnął ją od tyłu w plecy. Chociaż uderzenie wyglądało niezbyt groźnie, mama wrzasnęła.Wyciągnęła z kieszeni lśniący sztylet z czarną rękojeścią i odwróciła się na pięcie. Wbiła swojemu przeciwnikowi broń
prosto w serce. Zamrugałam przestraszona. Jeszcze nie widziałam mamy tak wściekłej. Zresztą cioci Lexi też nie. Ciocia zastosowała inną technikę. Skoczyła drugiemu mężczyźnie na barki. Szybkim, zwinnym ruchem odłączyła jego głowę od reszty ciała.Tak samo, jak napastnik mamy, rudowłosy mężczyzna, który zaatakował siostrę mamy, zamienił się w proch. Człowiek, który mnie trzymał, rzucił mną w stronę cioci. Złapała mnie w samą stronę.
-Mam Cię.-powiedziała i się uśmiechnęła, lecz po chwili uśmiech, zamienił się w morderczy wyraz twarzy.
Ciocia nie zdążyła. Jeden z napastników, rzucił w mamę nożem. Ostrze lśniło czarną poświatą. Mama wydała z siebie cichy jęk i upadła na ziemię.Jej ciało rzucało się przez chwilę w konwulsjach, po czym zamarło. Nieruchome, martwe już oczy, wpatrywały się szeroko otwarte we mnie.Krzyknęłam. Wprost darłam się wniebogłosy. Ciocia przytuliła mnie do siebie i szeptała kojącym głosem. Ale ona też płakała. Widziałam jej łzy.Ciało mamy powoli zamieniało się w proch. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. W jednej chwili patrzyła na mnie swymi martwymi oczami, a w drugiej puff, już jej nie było. Pamiętam jeszcze jak ciocia posadziła mnie na tylnym siedzeniu swojego auta. Później była tylko ciemność.
Upadłam na kolana i głośno szlochałam. Przeniosłam się z powrotem do mojego magicznego kręgu. Duchy znikły. Zostałam sama. Byłam zrozpaczona i rozdarta. Nagle sobie coś uświadomiłam. Moja mama, ciocia i mój ojciec nie żyją. Została mi tylko siostra. Allyssa. Muszę ją odnaleźć.
Byli to ludzie w różnym wieku, różnej płci i rasy. Mimo ich bladości dało się ich odróżnić. Otworzyłam szeroko usta ze zdziwienia. Wiedziałam o istnieniu duchów ale nigdy żadnego nie widziałam. Jako Łowczyni Demonów przyzwyczaiłam się już do dziwnych i paranormalnych rzeczy i istot. Ale cóż, byłam tylko nastolatką. Samotną i przerażoną.
-Kim.. Kim wy jesteście.?-zapytałam zjawy lekko drżącym głosem.
Nagle wszystkie twarze zwróciły się w moją stronę. Z szeregu wystąpiła stara kobieta z długimi siwymi włosami gładko opadającymi na plecy. Miała na sobie staroświecką długą suknię z surowego materiału.Wyraz jej twarzy był nieodgadniony.
- Chciałaś poznać swoją przeszłość. Nieświadomie nas wezwałaś. Jesteśmy zjawami przeszłości. Każde z nas zmarło tragicznie. Niektórzy z nas zostali zamordowani. Inni ulegli tragicznym wypadkom. Zginęli w młodym wieku lub mają jakieś niedokończone sprawy. Ale żadne z nas nie zaznało spokoju. Świat żywych i martwych dzieli cienka granica. Są ludzie którzy wzywają nas w określonym celu, lub chcą nas wykorzystać. Ty jednak przywołałaś nas nieświadomie. Lecz szukasz odpowiedzi. Więc pytaj. Ale pamiętaj, musisz zadawać mądre pytania, żeby uzyskać mądre odpowiedzi.
Chwilę myślałam nad jej słowami. Czego ja tak właściwie chciałam.?Tak naprawdę nie znałam swoich rodziców. Nic o nich nie wiedziałam, przez lata sądziłam że moją matką jest moja ciotka. Okłamywała mnie przez cały ten czas. Choć wiedziałam że chciała mnie chronić, było mi smutno kiedy o tym myślałam.
Ale teraz musiałam się wziąźć w garść. Rozmawiałam z duchem. Czułam się nieswojo. I nie byłam bezpieczna. Dusze ludzi którzy nie zaznali spokoju mogą być dość.. cóż, wredne. Uspokoiłam oddech i drżenie dłoni. Wzięłam głęboki oddech.
-Chciałabym poznać swoją przeszłość.
Kobieta patrzyła na mnie chwilę, po czym mruknęła.:
-Niech więc tak się stanie.Ale uważaj dziecko. Nie wszystko co jest zapomniane, chce żebyś to odkryła.
Zapomniane, odkryła, uważaj.
Te słowa tłukły mi się po głowie. Czułam się jakbym spadała w dół z zawrotną prędkością. Kolory przed oczami mi się rozmazywały. Poczułam mdłości.
Nagle wszystko się zatrzymało. Jakby ktoś zatrzymał klatkę w filmie.
Znalazłam się przed domkiem. Była to mała budowla. Jednopiętrowy, z balkonem, pomalowany na blado- niebiesko z ciemnoczerwonym dachem. Przed budynkiem rozciągał się różany ogród z dużą drewnianą huśtawką i kilkoma ławkami. Ten obrazek był wprost magiczny.
Z domu wyszedł wysoki mężczyzna o dużych hebanowych oczach zupełnie jak.. zupełnie jak moich. Za nim szła wysoka rudowłosa kobieta,która była praktycznie moim odbiciem. Za tą roześmianą parą wyszła....moja mama. Moja ciocia. Za nią wyleciały dwie identyczne dziewczynki. Jedna była odbiciem tej wysokiej rudowłosej kobiety, druga mężczyzny o moich oczach. Kobiety i mężczyzna usiedli na jednej z ławek a bliźniaczki biegały po podwórku bawiąc się w berka. Przyglądałam się mojej cioci. Miała beztroski wyraz twarzy. Żadnych blizn. Wydawała się młodsza o jakieś 14 lat. I miała blond włosy, łagodniejsze rysy twarzy. Z uśmiechem zwróciła się do rudej.
- Są takie szczęśliwe. Jestem pewna że wyrosną na piękne kobiety. Rosemarie jest twoim odbiciem Eris, a Allyssa ma takie same oczy i włosy jak Dominik. Rose też ma jego oczy. Tak się za wami stęskniłam. Od śmierci Jace'a jestem sama.
-Nie jesteś sama Lex., na nas zawsze możesz liczyć. Poza tym, dla Lyss i Rose jesteś jak ciocia.- powiedziała Eris.
-Taaak, nic tylko paplają o tym co im kupiłaś. Nie mogłaś wymyśleć czegoś mniej hałaśliwego.?-zapytał mężczyzna, Dominik.
-Nie przesadzaj, koty wcale nie są hałaśliwe.- stwierdziła ciocia.
Ale dlaczego ta cała Eris mówi do mojej mamy- cioci Lexi..? Przecież ma na imię Sara. Sara Adams. I dlaczego trafiłam akurat tutaj.? Przecież miałam poznać swoją przeszłość. Moje wspomnienia. Ale jeśli trafiłam akurat tutaj, to znaczy że... właśnie poznałam moich rodziców. I siostrę. Ale mój tato został zabity przez jakiegoś demona. Tylko że to nie był mój tato. To był ten Jace. Czyli to znaczy że Sara Adams nie była moją matką ani ciotką. Nawet nie nazywała się Sara Adams.
Przez wszystkie te lata mnie okłamywała. Ale dlaczego.? Skoro byłam taka szczęśliwa z moją rodziną.? Co takiego mogło się stać.?
Przez chwilę nic nie widziałam. Po chwili zobaczyłam jaskrawe światła przesuwające się jak w kalejdoskopie. Nagle wszystko ustało tak jak wcześniej. Przeniosłam się w czasie, choć nadal byłam przed tym samym domkiem. Ale teraz było inaczej. Bardziej ponuro. Zapadała noc. Wszystkie światła w domku się paliły. Weszłam cicho do środka. Wewnątrz panował totalny bałagan. Szafy,szafki i szuflady były pootwierane i przeszukane. Na podłodze w salonie leżała sterta ciuchów. Ktoś przeszukiwał dom szybko acz skutecznie. Ale widocznie tego nie znalazł. Posprawdzałam wszystkie pokoje. Wszędzie panował taki sam bałagan. Wyszłam na zewnątrz i stanęłam jak wryta. Na zielonej trawie leżały duże kupki szarego popiołu. Do oczu naszły mi łzy, powróciło wspomnienie, które uznawałam za koszmar.
-Kochanie, Tesso skarbie wstawaj.-powiedział cicho, lecz nagląco kobiecy głos.
-Mamo.?-spytałam sennie.
-Musisz wstawać. Pojedziesz na wycieczkę z ciocią Lexi.
-Teraz.? Ale mamusiu, ja chcę spać.
-Wiem skarbie. Ale to jest bardzo ważne.
Mama wrzuciła do torby podróżnej mój ulubiony kocyk, ciuchy i przytulanki. Pomogła założyć mi moją kurteczkę i ubrać kozaczki.Zawiązała mi na szyi szalik. Wzięła mnie na ręce, chociaż potrafiłam sama chodzić. Miałam przecież już 4 latka.!
Wiedziałam że mamusia jest smutna. Płakała...
-Tesso. Teraz musisz uważnie mnie posłuchać. Zaraz przyjedzie ciocia Lex i zabierze Cię daleko stąd, gdzie będziesz bezpieczna. Zaopiekuje się Tobą.
Ja też zaczęłam cichutko szlochać.
-Ale..ale co z Tobą i tatusiem..
-Kochanie...muszę ci coś powiedzieć. Tatuś jest w niebie z aniołkami i już do nas nie wróci.
-Opiekują się nim aniołki.?-spytałam całkiem poważnie, przestając płakać.
-Tak.
Nagle mama szybko wybiegła przez frontowe drzwi. Na podjeździe stał samochód. Nie mogłam rozpoznać koloru, ponieważ był środek nocy. Z samochodu wyskoczyła starsza siostra mojej mamy, ciocia Em. Bez żadnych pytań wzięła od mamy torbę i wrzuciła ją do bagażnika. Mama postawiła mnie na ziemi i uściskała ciocię.
-Dziękuję- szepnęła, choć i tak ją słyszałam.
Nim zdążyłam krzyknąć, jakieś silne, męskie i obce ramiona wzięły mnie wysoko w górę. Mama próbowała mi pomóc, ale jakiś mężczyzna walnął ją od tyłu w plecy. Chociaż uderzenie wyglądało niezbyt groźnie, mama wrzasnęła.Wyciągnęła z kieszeni lśniący sztylet z czarną rękojeścią i odwróciła się na pięcie. Wbiła swojemu przeciwnikowi broń
prosto w serce. Zamrugałam przestraszona. Jeszcze nie widziałam mamy tak wściekłej. Zresztą cioci Lexi też nie. Ciocia zastosowała inną technikę. Skoczyła drugiemu mężczyźnie na barki. Szybkim, zwinnym ruchem odłączyła jego głowę od reszty ciała.Tak samo, jak napastnik mamy, rudowłosy mężczyzna, który zaatakował siostrę mamy, zamienił się w proch. Człowiek, który mnie trzymał, rzucił mną w stronę cioci. Złapała mnie w samą stronę.
-Mam Cię.-powiedziała i się uśmiechnęła, lecz po chwili uśmiech, zamienił się w morderczy wyraz twarzy.
Ciocia nie zdążyła. Jeden z napastników, rzucił w mamę nożem. Ostrze lśniło czarną poświatą. Mama wydała z siebie cichy jęk i upadła na ziemię.Jej ciało rzucało się przez chwilę w konwulsjach, po czym zamarło. Nieruchome, martwe już oczy, wpatrywały się szeroko otwarte we mnie.Krzyknęłam. Wprost darłam się wniebogłosy. Ciocia przytuliła mnie do siebie i szeptała kojącym głosem. Ale ona też płakała. Widziałam jej łzy.Ciało mamy powoli zamieniało się w proch. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. W jednej chwili patrzyła na mnie swymi martwymi oczami, a w drugiej puff, już jej nie było. Pamiętam jeszcze jak ciocia posadziła mnie na tylnym siedzeniu swojego auta. Później była tylko ciemność.
Upadłam na kolana i głośno szlochałam. Przeniosłam się z powrotem do mojego magicznego kręgu. Duchy znikły. Zostałam sama. Byłam zrozpaczona i rozdarta. Nagle sobie coś uświadomiłam. Moja mama, ciocia i mój ojciec nie żyją. Została mi tylko siostra. Allyssa. Muszę ją odnaleźć.
sobota, 19 kwietnia 2014
piątek, 21 marca 2014
Rozdział VI
Minął tydzień. Dwa, trzy. Shane się nie odezwał. Nie wiem czemu, ale ten chłopak wzbudza we mnie dziwne uczucia.Gdy o nim myślę, raz chcę z nim spędzić resztę życia, a raz chcę grzmotnąć go patelnią. Ale przecież ja już mam chłopaka którego kocham. Chyba. Sama już nie rozumiem swoich uczuć.
Przez te trzy tygodnie nic nadzwyczajnego się nie działo. Chodziłam normalnie na zajęcia, spotykałam się z przyjaciółmi, słuchałam muzyki. Ale też toczyłam ze sobą wewnętrzny konflikt. Jedna strona mnie kochała Willa, a druga, cóż. Zaczynałam czuć coś poważniejszego do Shanea. Chociaż widziałam go, i rozmawiałam z nim tylko jeden raz. Mam mętlik w głowie.
Pewnego dnia, po zajęciach wyszłam na dziedziniec Akademii i za nią, ujrzałam prześliczny lasek. Chodziłam po nim, oglądałam drzewa, słuchałam śpiewu ptaków i wsłuchiwałam się w odgłosy natury. Chodząc po lesie, znalazłam małą, piękną polanę, pośrodku której płynął strumyk. Teraz, w lecie było tu cudownie. Nikomu nie mówiłam o tym miejscu, ponieważ chciałam je zachować tylko dla siebie. Wiem, to samolubne ale nigdy na świecie nie miałam własnego miejsca. Przenosiłam się z mamą/ciocią, od miasta do miasta. Zawsze byłyśmy w podróży. W tropieniu. Polowaniu i zabijaniu demonów. Miałyśmy tylko siebie. Ale już dosyć o ponurych myślach.
Często przesiadywałam w bibliotece. Wybierałam książki o wampirach, wilkołakach, loup-garou, aniołach, czarownikach, czarownicach, demonach, duchach,elfach, wróżkach i wielu innych magicznych stworzeniach. Bardzo się tym zaciekawiłam. Szczerze mówiąc, to od dzieciństwa interesowałam się magią. To była, jest moja pasja.Czytałam różne książki, księgi i słuchałam różnych opowieści. Nie przyznałam się nikomu. To był mój mały sekret. Uprawiałam niektóre rytuały i rzucałam zaklęcia. Mogę powiedzieć że całkiem nieźle mi to wychodziło. Miałam swoją własną księgę zaklęć. Nie była zbyt duża, ale za to był potężna. Zawsze ją mam przy sobie.
Pomyślałam że sprawdzę swoją przeszłość. Wzięłam z pokoju, 5 świec. Żółtą-symbolizującą powietrze. Niebieską-oznaczającą wodę. Czerwoną-reprezentującą ogień.Zieloną- utożsamiającą się z ziemią. I moją ulubioną, fioletową- symbolizującą ducha. Do tego zaklęcia nie były one potrzebne, ale dzięki nim czułam się bezpieczniej.Naszykowałam torbę, włożyłam do niej świece, ususzoną szałwię i lawendę, oraz długie zapałki. O godzinie 11:50 w nocy, sprawdziłam czy Ivy śpi, i wyszłam z Akademii. Było ciemno, ale jako córka łowcy demonów, miałam świetną orientację, węch, słuch, wzrok, intuicję oraz poruszałam się z gracją kota.
Poszłam na moją polankę, ułożyłam świece w krąg, fioletową pośrodku. Wszystkie po kolei zapaliłam, Wzięłam szałwię i lawendę, zaplotłam je w warkocz i spaliłam. Żeby odpędzić złe duchy. Usiadłam na środku kręgu i zaintonowałam : "At praeteriti umbra volo. Indica mihi quid mihi incognitam. Abhinc annos, quos oblitus est"
To co zobaczyłam potem, było trudne do opisania.
----------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że taki krótki, ale następny postaram się zrobić dłuższy. XOXO
Przez te trzy tygodnie nic nadzwyczajnego się nie działo. Chodziłam normalnie na zajęcia, spotykałam się z przyjaciółmi, słuchałam muzyki. Ale też toczyłam ze sobą wewnętrzny konflikt. Jedna strona mnie kochała Willa, a druga, cóż. Zaczynałam czuć coś poważniejszego do Shanea. Chociaż widziałam go, i rozmawiałam z nim tylko jeden raz. Mam mętlik w głowie.
Pewnego dnia, po zajęciach wyszłam na dziedziniec Akademii i za nią, ujrzałam prześliczny lasek. Chodziłam po nim, oglądałam drzewa, słuchałam śpiewu ptaków i wsłuchiwałam się w odgłosy natury. Chodząc po lesie, znalazłam małą, piękną polanę, pośrodku której płynął strumyk. Teraz, w lecie było tu cudownie. Nikomu nie mówiłam o tym miejscu, ponieważ chciałam je zachować tylko dla siebie. Wiem, to samolubne ale nigdy na świecie nie miałam własnego miejsca. Przenosiłam się z mamą/ciocią, od miasta do miasta. Zawsze byłyśmy w podróży. W tropieniu. Polowaniu i zabijaniu demonów. Miałyśmy tylko siebie. Ale już dosyć o ponurych myślach.
Często przesiadywałam w bibliotece. Wybierałam książki o wampirach, wilkołakach, loup-garou, aniołach, czarownikach, czarownicach, demonach, duchach,elfach, wróżkach i wielu innych magicznych stworzeniach. Bardzo się tym zaciekawiłam. Szczerze mówiąc, to od dzieciństwa interesowałam się magią. To była, jest moja pasja.Czytałam różne książki, księgi i słuchałam różnych opowieści. Nie przyznałam się nikomu. To był mój mały sekret. Uprawiałam niektóre rytuały i rzucałam zaklęcia. Mogę powiedzieć że całkiem nieźle mi to wychodziło. Miałam swoją własną księgę zaklęć. Nie była zbyt duża, ale za to był potężna. Zawsze ją mam przy sobie.
Pomyślałam że sprawdzę swoją przeszłość. Wzięłam z pokoju, 5 świec. Żółtą-symbolizującą powietrze. Niebieską-oznaczającą wodę. Czerwoną-reprezentującą ogień.Zieloną- utożsamiającą się z ziemią. I moją ulubioną, fioletową- symbolizującą ducha. Do tego zaklęcia nie były one potrzebne, ale dzięki nim czułam się bezpieczniej.Naszykowałam torbę, włożyłam do niej świece, ususzoną szałwię i lawendę, oraz długie zapałki. O godzinie 11:50 w nocy, sprawdziłam czy Ivy śpi, i wyszłam z Akademii. Było ciemno, ale jako córka łowcy demonów, miałam świetną orientację, węch, słuch, wzrok, intuicję oraz poruszałam się z gracją kota.
Poszłam na moją polankę, ułożyłam świece w krąg, fioletową pośrodku. Wszystkie po kolei zapaliłam, Wzięłam szałwię i lawendę, zaplotłam je w warkocz i spaliłam. Żeby odpędzić złe duchy. Usiadłam na środku kręgu i zaintonowałam : "At praeteriti umbra volo. Indica mihi quid mihi incognitam. Abhinc annos, quos oblitus est"
To co zobaczyłam potem, było trudne do opisania.
----------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że taki krótki, ale następny postaram się zrobić dłuższy. XOXO
sobota, 22 lutego 2014
Rozdział V
-Wstawaj śpiochu.!!-głos Ivy wydarł mnie ze snu.
-Co jest.?-spytałam zaspana.
-Dzisiaj jest sobota czyli idziemy na miasto.
-Nie chce mi się.-stwierdziłam chowając głowę w poduszkę.
-Było tego nie mówić.-powiedziała groźnie Ivy i zrzuciła mnie razem z kołdrą i poduszką z łóżka.
-Auć.! To bolało.
-Mam to gdzieś.
-Wal się. Ja idę spać.
-Okey.Ale za tydzień ci nie przepuszczę.!-zagroziła Ivy i nie czekając na odpowiedź wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
-Ughh co za człowiek..-mruknęłam do siebie.
Leżałam w łóżku jeszcze godzinę, po czym poszłam do łazienki wziąźć prysznic.Po 20 minutach szukałam ciuchów w szafie.W weekendy mundurki nie obowiązywały więc mogłam się ubrać jak chciałam. Wybrałam legginsy, czarną kangurkę z napisem "Cześć przystojniaku.!", trampki i szarą torbę na ramię. Włożyłam telefon i słuchawki do kieszeni, wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Minęłam gabinet dyrektorki i wybiegłam ze szkoły. Była ona wielka i groźna. Przypominała mi straszny zamek ze starych opowieści i legend. Włożyłam słuchawki do uszu,włączyłam na fula https://www.youtube.com/watch?v=d8ekz_CSBVg. Puściłam się biegiem przez dziedziniec Akademii. Przeskoczyłam 2 metrowy mur i zatrzymałam się dopiero po jego drugiej stronie.Odetchnęłam głęboko z przerażenia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie potrafiłam. Owszem byłam wysportowana ale nie aż tak. Szłam sama nie wiedząc dokąd. Wokół mnie były tylko drzewa,niebo, droga i chodnik. Akademia znajdowała się praktycznie na pustkowiu. Dwa kilometry dalej ujrzałam mały przystanek. Sprawdziłam godziny przyjazdu autobusów do miasta Moonvill i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Za 2 minuty powinien przyjechać.
Po 30 minutach jazdy, wysiadłam. Rozejrzałam się wkoło i wyciągnęłam słuchawki z uszu, i schowałam je do torby. Chodziłam po mieście bez celu. Energia buzowała we mnie jak lawa w wulkanie. Myślałam że zaraz wybuchnę. Weszłam do jakiejś knajpki. Spojrzałam na menu. Frytki, piwo, wódka, szkocka, whisky, zapiekanki itp. .Zamówiłam whisky z colą, zapłaciłam i usiadłam przy stoliku. Wszystko co miałam na sobie, moje nowe rzeczy, dosłownie wszystko co teraz było moje, dostałam od Akademii. Jak dla mnie to trochę śmieszne. Najpierw poznałam tajemniczego, aroganckiego i cholernie przystojnego Willa, później moja mama została zamordowana przez Diabelskiego Psa, te dziwne sny które mnie nawiedzały. Jacob, pani dyrektor, Ivy. Akademia. Wszystko wydawało mi się dziwne. Tak szybko się pozmieniało w moim życiu. Wypiłam drinka i wyszłam z lokalu. Szłam przyglądając się mijanym ludziom. Każdy ma swoje problemy, myśli, miłości, uczucia. Weszłam do Wesołego miasteczka. Wybrałam się na ogromną kolejkę górską. Zawsze lubiłam adrenalinę. Usiadłam wygodnie. Obok mnie siadł wysoki chłopak. Nie mogłam mu się za dobrze przyjrzeć, ponieważ miał na głowie kaptur. Jazda się zaczęła. Najpierw powoli, później coraz szybciej. I szybciej, i szybciej. Popatrzyłam się w stronę chłopaka. Uśmiechał się szeroko. Nagle jazda, przestała przypominać normalną przejażdżkę kolejką górską. Jechaliśmy z zawrotną prędkością. Powietrze wypełniły przywiane znad morza wonie potu, rdzy i słonej wody. Chłopak siedział tak blisko, że po chwili poczułam leciuteńki zapach miętowego mydła.
-Co jest.?-spytałam zaspana.
-Dzisiaj jest sobota czyli idziemy na miasto.
-Nie chce mi się.-stwierdziłam chowając głowę w poduszkę.
-Było tego nie mówić.-powiedziała groźnie Ivy i zrzuciła mnie razem z kołdrą i poduszką z łóżka.
-Auć.! To bolało.
-Mam to gdzieś.
-Wal się. Ja idę spać.
-Okey.Ale za tydzień ci nie przepuszczę.!-zagroziła Ivy i nie czekając na odpowiedź wyszła z pokoju trzaskając drzwiami.
-Ughh co za człowiek..-mruknęłam do siebie.
Leżałam w łóżku jeszcze godzinę, po czym poszłam do łazienki wziąźć prysznic.Po 20 minutach szukałam ciuchów w szafie.W weekendy mundurki nie obowiązywały więc mogłam się ubrać jak chciałam. Wybrałam legginsy, czarną kangurkę z napisem "Cześć przystojniaku.!", trampki i szarą torbę na ramię. Włożyłam telefon i słuchawki do kieszeni, wyszłam z pokoju i zamknęłam go na klucz. Minęłam gabinet dyrektorki i wybiegłam ze szkoły. Była ona wielka i groźna. Przypominała mi straszny zamek ze starych opowieści i legend. Włożyłam słuchawki do uszu,włączyłam na fula https://www.youtube.com/watch?v=d8ekz_CSBVg. Puściłam się biegiem przez dziedziniec Akademii. Przeskoczyłam 2 metrowy mur i zatrzymałam się dopiero po jego drugiej stronie.Odetchnęłam głęboko z przerażenia. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie potrafiłam. Owszem byłam wysportowana ale nie aż tak. Szłam sama nie wiedząc dokąd. Wokół mnie były tylko drzewa,niebo, droga i chodnik. Akademia znajdowała się praktycznie na pustkowiu. Dwa kilometry dalej ujrzałam mały przystanek. Sprawdziłam godziny przyjazdu autobusów do miasta Moonvill i spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Za 2 minuty powinien przyjechać.
Po 30 minutach jazdy, wysiadłam. Rozejrzałam się wkoło i wyciągnęłam słuchawki z uszu, i schowałam je do torby. Chodziłam po mieście bez celu. Energia buzowała we mnie jak lawa w wulkanie. Myślałam że zaraz wybuchnę. Weszłam do jakiejś knajpki. Spojrzałam na menu. Frytki, piwo, wódka, szkocka, whisky, zapiekanki itp. .Zamówiłam whisky z colą, zapłaciłam i usiadłam przy stoliku. Wszystko co miałam na sobie, moje nowe rzeczy, dosłownie wszystko co teraz było moje, dostałam od Akademii. Jak dla mnie to trochę śmieszne. Najpierw poznałam tajemniczego, aroganckiego i cholernie przystojnego Willa, później moja mama została zamordowana przez Diabelskiego Psa, te dziwne sny które mnie nawiedzały. Jacob, pani dyrektor, Ivy. Akademia. Wszystko wydawało mi się dziwne. Tak szybko się pozmieniało w moim życiu. Wypiłam drinka i wyszłam z lokalu. Szłam przyglądając się mijanym ludziom. Każdy ma swoje problemy, myśli, miłości, uczucia. Weszłam do Wesołego miasteczka. Wybrałam się na ogromną kolejkę górską. Zawsze lubiłam adrenalinę. Usiadłam wygodnie. Obok mnie siadł wysoki chłopak. Nie mogłam mu się za dobrze przyjrzeć, ponieważ miał na głowie kaptur. Jazda się zaczęła. Najpierw powoli, później coraz szybciej. I szybciej, i szybciej. Popatrzyłam się w stronę chłopaka. Uśmiechał się szeroko. Nagle jazda, przestała przypominać normalną przejażdżkę kolejką górską. Jechaliśmy z zawrotną prędkością. Powietrze wypełniły przywiane znad morza wonie potu, rdzy i słonej wody. Chłopak siedział tak blisko, że po chwili poczułam leciuteńki zapach miętowego mydła.
– Zbladłaś – powiedział, przechylając się, by zagłuszyć stukot kolejki.Jego głos brzmiał całkiem znajomo.
Tak też mi się wydawało, ale nie przyznałam mu racji.
Na szczycie wzniesienia opanowało mnie
wahanie. Ogarniając wzrokiem wiele kilometrów wokół, zobaczyłam miejsca,
w których mroczna wiejska okolica stapia się z poblaskiem przedmieść,
tworząc istną kartografię świateł Moonvill. Wiatr jakby wstrzymał dech,
by wilgotne powietrze mogło osiąść mi na skórze.
Mimowolnie zerknęłam na chłopaka. Świadomość, że miałam go przy boku, działała nawet kojąco. Nagle się uśmiechnął.
– Boisz się, Aniele?
Czując siłę grawitacji, ścisnęłam metalowy pręt umocowany na przedzie wagonika. Roztrzęsiona, wydałam jakiś strzęp chichotu.
Wagonik demonicznie mknął naprzód, a moje
włosy łopotały za mną. Gwałtownie skręcając w lewo, to znów w prawo,
gnaliśmy po stukoczących torach. Czułam, jak wnętrzności raz po raz mi
wzlatują i opadają. Spojrzałam w dół, starając się skupić na czymś
nieruchomym.
I wtedy zauważyłam, że pas bezpieczeństwa mam rozpięty.
Chciałam krzyknąć, ale głos
pochłonął pęd powietrza. Ze ssaniem w żołądku zdjęłam jedną rękę z
pręta, próbując ściągnąć się w talii pasem bezpieczeństwa. Wagonik
szarpnął w lewo. Zderzywszy się ramieniem z nieznajomym, naparłam na niego
tak mocno, że aż zabolało. Gdy wagonik ruszył pod górę, miałam wrażenie,
jakby, źle przymocowany, oderwał się od toru.
Zanurkowaliśmy. Oślepiona migoczącymi wzdłuż torów lampami, nie mogłam się zorientować, w którą stronę skręcimy na dole.
Było już za późno. Wagonik gwałtownie
skręcił w prawo. Wpadłam w panikę i wtedy to się stało… Uderzyłam w
drzwiczki lewym barkiem, tak że się otworzyły. Wyleciałam z fotela i
kolejka pomknęła dalej beze mnie. Potoczy łam się po torach, na oślep
szukając jakiegoś zaczepienia. Na próżno. Potknęłam się nad krawędzią i
runęłam w czarną otchłań. Ziemia pędziła w moją stronę. Otworzyłam usta,
aby krzyknąć.
Gdy oprzytomniałam, kolejka zahamowała z piskiem na dole na platformie.
-Ale jak..Co się stało.?-spytałam oszołomiona.
– To się nazywa krzyk – powiedział z uśmiechem.
– Mój pas… – zaczęłam. – Wydawało mi się…
– Co ci się wydawało? – ze szczerym zaciekawieniem spytał chłopak.
– Myślałam, że… wypadłam z wagonika. Dosłownie myślałam… no, że umrę.
– I właśnie o to chodzi.
Drżały mi ręce. Kolana uginały się lekko pod ciężarem ciała.
– Wygląda na to, że jesteśmy na siebie skazani – oznajmił.
Wyczułam cień triumfu w jego głosie. Nie miałam jednak siły się z nim sprzeczać.
– Archanioł – mruknęłam, spoglądając przez ramię na kolejkę, która właśnie zaczęła nowy kurs.
-To znaczy: anioł wyższej rangi – podjął nieznajomy, najwyraźniej zadowolony z siebie. – Im wyższe wzniesienie, tym
dotkliwszy upadek.
Już-już rozchylałam usta, by mu
powiedzieć, że jestem przekonana, iż wypadłam na moment z wagonika i za
zrządzeniem jakichś niepojętych mocy bezpiecznie wróciłam na swój fotel,
ale wydusiłam tylko:
– Chyba mam anioła stróża.
Zaśmiał się cicho i powiedział: Tak.
-Jak masz na imię.?
- Shane
-A ja Tessa.
- Ładnie
-Dzięki
Szliśmy ramię w ramię przez lunapark. Raz po raz spoglądałam na twarz chłopaka. Ale jej nie znałam. Był nieziemsko przystojny. Jak anioł, lub jakiś heros. Blond włosy, szare oczy i tajemniczy uśmiech, sprawiały że miałam ochotę wpatrywać się w niego godzinami.
-Mogę na chwilę twój telefon.?-spytał
Podałam mu go. Oddał mi komórkę po chwili i pocałował mnie delikatnie w usta. Tak delikatnie, jakby robiły to skrzydła motyla. Spojrzałam na niego. Uśmiechnął się zawadiacko.
- Do zobaczenia, Tesso.- szepnął mi do ucha.
-Nie, stój.!
Lecz jego już nie było. Tak jakby rozpłynął się w powietrzu. Popatrzyłam na telefon. Zapisał mi swój numer. Bosko. Pomyślałam że jak będzie chciał, to się odezwie i schowałam komórkę do kieszeni spodni.
Do Akademii wróciłam przed Ivy i resztą. Poszłam do siebie do pokoju. Wzięłam prysznic i umyła włosy. Byłam tak zmęczona, że gdy tylko położyłam się na łóżku, zasnęłam.
piątek, 3 stycznia 2014
Rozdział IV
Przebudziłam się o 8:35. Na łóżku, w nogach leżały damskie ciuchy. Tym razem nie było karteczki.Zrobiłam poranną toaletę i wróciłam do pokoju. Wciągnęłam szybko jasne dżinsy, białą bokserkę i szarą kangurkę z kapturem. Założyłam moje czarne vansy i wyszłam z pokoju. Zeszłam na dół do kuchni. Był tam tylko Will.
-Hej, a gdzie Jacob.?
-Cześć. Wyszedł gdzieś jakąś godzinę temu.
-Już jestem- powiedział Jake wchodząc do kuchni.
-Gdzie byłeś.?-zapytałam szczerze zaciekawiona.
-Organizowałem pojazd. Mamy przed sobą długą drogę.
-Co.? Gdzie.?
-Do Akademii. Jest to miejsce gdzie każde magiczne stworzenie może prosić o azyl.
-Ale...-zaczęłam protestować.
-Tu nie jesteś bezpieczna.- ku memu zdziwieniu powiedział Will.
-Niby czemu.?-zapytałam buntowniczo.
Złapał mnie pod brodę i głęboko spojrzał w oczy. Nie musiał nic mówić. Wyczytałam to z jego spojrzenia.
-Dobrze. Ale stawiam jeden warunek.
-Jaki.?-spytał Will.
-Jedziecie ze mną. Obaj.-powiedziałam.
Nie wiem czemu ale naprawdę mi na tym zależało.
-Okey. Jedziemy.
Wyszliśmy na dwór w rześkie ale chłodne powietrze. Gdy ujrzałam nasz pojazd, stanęłam jak wryta. Na podjeździe stało nowiutkie czarne maserati. Po prostu, cudeńko.
-Skąd ty wytrzasnąłeś kasę na ten wóz.?
-Akademii zależy na twoim przyjeździe.Jesteś dla nas bardzo ważna.
-Czemu.?
-Niedługo się dowiesz.
Nic nie rozumiejąc wsiadłam do samochodu. Jechaliśmy jakieś trzy godziny, gdy Jake zarządził postój.
-Will, byłbyś tak dobry i poszedł kupić prowiant.?-spytał.
Chłopak bez żadnego komentarza wyszedł z samochodu. Staliśmy na parkingu McDonalds'a.
-Ile masz lat.?-spytałam, sama nie wiedząc czemu.
-Dziewiętnaście.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Wczoraj wydawało mi się że jest moim rówieśnikiem. A on jest starszy o 3 lata.!
-Mogę Cię o coś spytać.?
-Mów.-powiedziałam
-Jak masz na drugie imię.?
-Juliet. A co.?
Nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ w tej chwili wrócił Will z trzema białymi torbami z logo knajpy. Jake ruszył. Will kupił mój ulubiony koktajl truskawkowy, hamburgery i frytki. Zjadłam swoją porcję w ciągu dwóch minut po czym głośno beknęłam. Chłopcy spojrzeli po sobie, po czym głośno się roześmiali.
-A ja myślałem że dziewczyny nie bekają.-mruknął cicho Will ale i tak go usłyszeliśmy.
Odpowiedziałam mu drugim jeszcze głośniejszym beknięciem. Urządziliśmy sobie zawody bekania w których wygrałam. Pół godziny później zatrzymaliśmy się.
-Już dojechaliśmy.?-spytałam z nadzieją,
-Tak.-odpowiedział Will.
-Byłeś tu już kiedyś.?
-Nie.
-Więc skąd wiesz tyle o tym miejscu.?
-Umiem czytać w myślach.-odpowiedział.
Uznałam że to żart więc zaśmiałam się. W tym samym czasie Jake już wyszedł z samochodu.
-Macie tam zamiar siedzieć całą wieczność.?-spytał poirytowany.
Otworzył mi drzwi i podał rękę.
-Jesteś staroświecki.-uznałam na co Will wybuchnął głośnym śmiechem.
Jacob zgromił mnie wzrokiem. Całą trójką ruszyliśmy w stronę wielkiego budynku. Jak dla mnie to był raczej jakiś stary zamek. Wyglądał jak z innej epoki. Zastanawiałam się ile może mieć lat. Strzeliste wieże, kraty w oknach nadawały mu mroczny wygląd. Wysoka brama, zakończona ostrymi kolcami. Napis na niej głosił "Akademia Św. Razjela."
-Co jest z tyłu za szkołą.?-nie wiem czemu, ale bardzo chciałam to wiedzieć.
-Cmentarz.
-Och..-tylko tyle zdołałam wykrztusić.
Weszliśmy do środka przez duże czarne, masywne wrota. W holu, przez który szliśmy wisiały portrety kobiet i mężczyzn. Przy każdym portrecie było to samo nazwisko - Bane.
-Co to za ludzie.?
-To każdy z dyrektorów tej Akademii. Całe pokolenia.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami z napisem Dyrektor. Will zapukał, po chwili usłyszeliśmy donośne 'proszę!'
Za ogromnym biurkiem siedziała kobieta po trzydziestce. Ubrana była w czarny, dopasowany garnitur, rude włosy miała spięte w wysokiego koka.
-Dzień dobry.- powiedziałam równocześnie z Willem. Jacob w ogóle się nie odezwał tylko skinął głową.
-Witam. Cieszę się że Cię widzę hm...Tesso.Usiądźcie.-wskazała nam dwa krzesła naprzeciwko biurka. Jake oparł się o ścianę, więc usiadłam obok Willa.
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc siedziałam cicho.
-Jak wiesz, groziło ci wielkie niebezpieczeństwo.Tutaj jesteś bezpieczna, skarbie.
Spojrzałam na tabliczkę na biurku. Sara Bane. Tak się nazywa pani dyrektor.
-Tutaj macie plan zajęć.-powiedziała
-Dziękuję.
-Jacob odprowadzi was do waszych pokojów.
Gdy byliśmy już przy drzwiach, zatrzymała mnie.
-Tesso jeśli będziesz czegoś potrzebować, czegokolwiek, przyjdź do mnie. Dobrze,?
-Tak. Będę pamiętać.
Wyszłam z gabinetu. Chłopcy już na mnie czekali. Szliśmy przez długie korytarze, po schodach na górę. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach z napisem 213.
-To twój pokój Tess. -powiedział Jake.
-Hmm.. No tak. To..Cześć.-pożegnałam się i weszłam do pokoju.
Myślałam że będzie to mały pokoik, jednoosobowy. W pomieszczeniu były dwa łóżka, dwie szafy, i dwie komody. Na jednym z łóżek siedziała dziewczyna. Była to drobna blondynka o szarych, przenikliwych oczach.
-Cześć. Jestem Ivy.Jesteśmy współlokatorkami.-powiedział wesoło, po czym rzuciła się mi na szyję.
Zaśmiałam się.
-Hej. Ja jestem Tessa.
-Będziemy przyjaciółkami.?-spytała
Trochę zdziwiło mnie to pytanie ale odpowiedziałam ze śmiechem.-Najlepszymi.
Ivy pokazała mi moje nowiutkie ubrania, chociaż w szkole obowiązywał mundurek. Składała się na niego czarna plisowana spódnica do kolan, czarny sweterek z herbem szkoły i czarne baleriny. Chociaż nie lubię mundurków, ten mi się podobał. Do tego mogłyśmy dokładać własne dodatki.
-Lekcje zaczynają się o ósmej wieczorem a kończą o trzeciej nad ranem. Pokaż mi swój plan-poprosiła blondynka.
Podałam go jej. Szybko zlustrowała kartkę wzrokiem i uśmiechnęła się szeroko.
-Mamy taki sam plan.-oznajmiła radośnie.
-Super.
Spojrzałam na zegarek. 5:34. Straciłam rachubę czasu.
-Oprowadziłabyś mnie po szkole.?-spytałam robiąc minę szczeniaka.
-Jasne, chciałabym Cię jeszcze komuś przedstawić,ok.?
-Spoko.A teraz jeśli pozwolisz, pójdę się odświeżyć.
Wzięłam długą kąpiel. Wysuszyłam włosy i zostawiłam je rozpuszczone.Ubrałam się w jasne dżinsy i niebieską bluzę z kapturem.Wyszłam z łazienki.
-Więc co robimy najpierw.?
-Teraz, idziemy na śniadanie.-odpowiedziała mi Ivy.
Zeszłyśmy na dół do wielkiej jadalni. Było tam mnóstwo osób. Jedni byli z mojego wieku, inni młodsi.Wzięłam tacę, za przykładem Ivy i ruszyłyśmy do jednego ze stolików, przy którym siedziało trzy osoby: dwóch chłopaków i jedna dziewczyna.
-Cześć kochani, to moja nowa współlokatorka Tessa.-powiedziała wesoło Ivy
-Cześć. -powiedziała cała trójka jednocześnie.
-To jest Alex- Ivy wskazała na uśmiechniętego blondyna.
-To Chris-pokazała na miłego brązowowłosego chłopaka.
-A to Carmen.-poinformowała mnie, wskazując czerwonowłosą dziewczynę.
-Jesteśmy w jednej klasie-powiedział Alex.
Rozmawialiśmy o zajęciach, nauczycielach, uczniach. Dziewczyny opowiadały mi o najlepszych ciachach w szkole.
-Właśnie, wiecie o tym że do Akademii przyszedł nowy uczeń.? -zapytał Alex.
-Podobno to niezłe ciacho.-powiedziała Ivy
-Słyszałem że ma na imię Will.-powiedział Chris.
Zarumieniłam się po czubki uszu, ponieważ bardzo dobrze wiedziałam kim jest ten uczeń.
-Ale się zrobiłaś czerwona.-powiedział Alex przypatrując mi się.
-Hm...Wiem kim jest ten nowy uczeń.
-Serio.?-Poznasz go ze mną.?-powiedziały Carmen i Ivy w tym samym czasie.
-Eee.. Poznałam go w poprzedniej ii..chodzimy ze sobą-wydusiłam na jednym oddechu.
Wiedziałam że jeden pocałunek nie czyni nas parą, ale jakoś nie chciałam go oglądać w ramionach innej.
Dzień minął mi bardzo szybko.Nawet niewiele z niego pamiętałam.Mój wewnętrzny zegar biologiczny szybko przyzwyczaił się do zmiany czasu. Tak samo do tego, że od teraz moim dniem będzie noc, a nocą dzień. Świat wampirów, aniołów czy jeszcze innych istot magicznych jest powalony.
Wykąpałam się, ubrałam niebieską piżamę w czarne wzory, i zasnęłam nim moja głowa opadła na poduszkę.
---------------------------------------<3-----------------------------------------
Witam, witam.Oficjalnie odwieszam bloga. Będę kontynuowała historię Tessy. Mam nadzieję że będziecie ze mną do zakończenia bloga.! :)
-Hej, a gdzie Jacob.?
-Cześć. Wyszedł gdzieś jakąś godzinę temu.
-Już jestem- powiedział Jake wchodząc do kuchni.
-Gdzie byłeś.?-zapytałam szczerze zaciekawiona.
-Organizowałem pojazd. Mamy przed sobą długą drogę.
-Co.? Gdzie.?
-Do Akademii. Jest to miejsce gdzie każde magiczne stworzenie może prosić o azyl.
-Ale...-zaczęłam protestować.
-Tu nie jesteś bezpieczna.- ku memu zdziwieniu powiedział Will.
-Niby czemu.?-zapytałam buntowniczo.
Złapał mnie pod brodę i głęboko spojrzał w oczy. Nie musiał nic mówić. Wyczytałam to z jego spojrzenia.
-Dobrze. Ale stawiam jeden warunek.
-Jaki.?-spytał Will.
-Jedziecie ze mną. Obaj.-powiedziałam.
Nie wiem czemu ale naprawdę mi na tym zależało.
-Okey. Jedziemy.
Wyszliśmy na dwór w rześkie ale chłodne powietrze. Gdy ujrzałam nasz pojazd, stanęłam jak wryta. Na podjeździe stało nowiutkie czarne maserati. Po prostu, cudeńko.
-Skąd ty wytrzasnąłeś kasę na ten wóz.?
-Akademii zależy na twoim przyjeździe.Jesteś dla nas bardzo ważna.
-Czemu.?
-Niedługo się dowiesz.
Nic nie rozumiejąc wsiadłam do samochodu. Jechaliśmy jakieś trzy godziny, gdy Jake zarządził postój.
-Will, byłbyś tak dobry i poszedł kupić prowiant.?-spytał.
Chłopak bez żadnego komentarza wyszedł z samochodu. Staliśmy na parkingu McDonalds'a.
-Ile masz lat.?-spytałam, sama nie wiedząc czemu.
-Dziewiętnaście.
Spojrzałam na niego zaskoczona. Wczoraj wydawało mi się że jest moim rówieśnikiem. A on jest starszy o 3 lata.!
-Mogę Cię o coś spytać.?
-Mów.-powiedziałam
-Jak masz na drugie imię.?
-Juliet. A co.?
Nie zdążył odpowiedzieć, ponieważ w tej chwili wrócił Will z trzema białymi torbami z logo knajpy. Jake ruszył. Will kupił mój ulubiony koktajl truskawkowy, hamburgery i frytki. Zjadłam swoją porcję w ciągu dwóch minut po czym głośno beknęłam. Chłopcy spojrzeli po sobie, po czym głośno się roześmiali.
-A ja myślałem że dziewczyny nie bekają.-mruknął cicho Will ale i tak go usłyszeliśmy.
Odpowiedziałam mu drugim jeszcze głośniejszym beknięciem. Urządziliśmy sobie zawody bekania w których wygrałam. Pół godziny później zatrzymaliśmy się.
-Już dojechaliśmy.?-spytałam z nadzieją,
-Tak.-odpowiedział Will.
-Byłeś tu już kiedyś.?
-Nie.
-Więc skąd wiesz tyle o tym miejscu.?
-Umiem czytać w myślach.-odpowiedział.
Uznałam że to żart więc zaśmiałam się. W tym samym czasie Jake już wyszedł z samochodu.
-Macie tam zamiar siedzieć całą wieczność.?-spytał poirytowany.
Otworzył mi drzwi i podał rękę.
-Jesteś staroświecki.-uznałam na co Will wybuchnął głośnym śmiechem.
Jacob zgromił mnie wzrokiem. Całą trójką ruszyliśmy w stronę wielkiego budynku. Jak dla mnie to był raczej jakiś stary zamek. Wyglądał jak z innej epoki. Zastanawiałam się ile może mieć lat. Strzeliste wieże, kraty w oknach nadawały mu mroczny wygląd. Wysoka brama, zakończona ostrymi kolcami. Napis na niej głosił "Akademia Św. Razjela."
-Co jest z tyłu za szkołą.?-nie wiem czemu, ale bardzo chciałam to wiedzieć.
-Cmentarz.
-Och..-tylko tyle zdołałam wykrztusić.
Weszliśmy do środka przez duże czarne, masywne wrota. W holu, przez który szliśmy wisiały portrety kobiet i mężczyzn. Przy każdym portrecie było to samo nazwisko - Bane.
-Co to za ludzie.?
-To każdy z dyrektorów tej Akademii. Całe pokolenia.
Zatrzymaliśmy się przed drzwiami z napisem Dyrektor. Will zapukał, po chwili usłyszeliśmy donośne 'proszę!'
Za ogromnym biurkiem siedziała kobieta po trzydziestce. Ubrana była w czarny, dopasowany garnitur, rude włosy miała spięte w wysokiego koka.
-Dzień dobry.- powiedziałam równocześnie z Willem. Jacob w ogóle się nie odezwał tylko skinął głową.
-Witam. Cieszę się że Cię widzę hm...Tesso.Usiądźcie.-wskazała nam dwa krzesła naprzeciwko biurka. Jake oparł się o ścianę, więc usiadłam obok Willa.
Nie wiedziałam co powiedzieć, więc siedziałam cicho.
-Jak wiesz, groziło ci wielkie niebezpieczeństwo.Tutaj jesteś bezpieczna, skarbie.
Spojrzałam na tabliczkę na biurku. Sara Bane. Tak się nazywa pani dyrektor.
-Tutaj macie plan zajęć.-powiedziała
-Dziękuję.
-Jacob odprowadzi was do waszych pokojów.
Gdy byliśmy już przy drzwiach, zatrzymała mnie.
-Tesso jeśli będziesz czegoś potrzebować, czegokolwiek, przyjdź do mnie. Dobrze,?
-Tak. Będę pamiętać.
Wyszłam z gabinetu. Chłopcy już na mnie czekali. Szliśmy przez długie korytarze, po schodach na górę. Zatrzymaliśmy się przy drzwiach z napisem 213.
-To twój pokój Tess. -powiedział Jake.
-Hmm.. No tak. To..Cześć.-pożegnałam się i weszłam do pokoju.
Myślałam że będzie to mały pokoik, jednoosobowy. W pomieszczeniu były dwa łóżka, dwie szafy, i dwie komody. Na jednym z łóżek siedziała dziewczyna. Była to drobna blondynka o szarych, przenikliwych oczach.
-Cześć. Jestem Ivy.Jesteśmy współlokatorkami.-powiedział wesoło, po czym rzuciła się mi na szyję.
Zaśmiałam się.
-Hej. Ja jestem Tessa.
-Będziemy przyjaciółkami.?-spytała
Trochę zdziwiło mnie to pytanie ale odpowiedziałam ze śmiechem.-Najlepszymi.
Ivy pokazała mi moje nowiutkie ubrania, chociaż w szkole obowiązywał mundurek. Składała się na niego czarna plisowana spódnica do kolan, czarny sweterek z herbem szkoły i czarne baleriny. Chociaż nie lubię mundurków, ten mi się podobał. Do tego mogłyśmy dokładać własne dodatki.
-Lekcje zaczynają się o ósmej wieczorem a kończą o trzeciej nad ranem. Pokaż mi swój plan-poprosiła blondynka.
Podałam go jej. Szybko zlustrowała kartkę wzrokiem i uśmiechnęła się szeroko.
-Mamy taki sam plan.-oznajmiła radośnie.
-Super.
Spojrzałam na zegarek. 5:34. Straciłam rachubę czasu.
-Oprowadziłabyś mnie po szkole.?-spytałam robiąc minę szczeniaka.
-Jasne, chciałabym Cię jeszcze komuś przedstawić,ok.?
-Spoko.A teraz jeśli pozwolisz, pójdę się odświeżyć.
Wzięłam długą kąpiel. Wysuszyłam włosy i zostawiłam je rozpuszczone.Ubrałam się w jasne dżinsy i niebieską bluzę z kapturem.Wyszłam z łazienki.
-Więc co robimy najpierw.?
-Teraz, idziemy na śniadanie.-odpowiedziała mi Ivy.
Zeszłyśmy na dół do wielkiej jadalni. Było tam mnóstwo osób. Jedni byli z mojego wieku, inni młodsi.Wzięłam tacę, za przykładem Ivy i ruszyłyśmy do jednego ze stolików, przy którym siedziało trzy osoby: dwóch chłopaków i jedna dziewczyna.
-Cześć kochani, to moja nowa współlokatorka Tessa.-powiedziała wesoło Ivy
-Cześć. -powiedziała cała trójka jednocześnie.
-To jest Alex- Ivy wskazała na uśmiechniętego blondyna.
-To Chris-pokazała na miłego brązowowłosego chłopaka.
-A to Carmen.-poinformowała mnie, wskazując czerwonowłosą dziewczynę.
-Jesteśmy w jednej klasie-powiedział Alex.
Rozmawialiśmy o zajęciach, nauczycielach, uczniach. Dziewczyny opowiadały mi o najlepszych ciachach w szkole.
-Właśnie, wiecie o tym że do Akademii przyszedł nowy uczeń.? -zapytał Alex.
-Podobno to niezłe ciacho.-powiedziała Ivy
-Słyszałem że ma na imię Will.-powiedział Chris.
Zarumieniłam się po czubki uszu, ponieważ bardzo dobrze wiedziałam kim jest ten uczeń.
-Ale się zrobiłaś czerwona.-powiedział Alex przypatrując mi się.
-Hm...Wiem kim jest ten nowy uczeń.
-Serio.?-Poznasz go ze mną.?-powiedziały Carmen i Ivy w tym samym czasie.
-Eee.. Poznałam go w poprzedniej ii..chodzimy ze sobą-wydusiłam na jednym oddechu.
Wiedziałam że jeden pocałunek nie czyni nas parą, ale jakoś nie chciałam go oglądać w ramionach innej.
Dzień minął mi bardzo szybko.Nawet niewiele z niego pamiętałam.Mój wewnętrzny zegar biologiczny szybko przyzwyczaił się do zmiany czasu. Tak samo do tego, że od teraz moim dniem będzie noc, a nocą dzień. Świat wampirów, aniołów czy jeszcze innych istot magicznych jest powalony.
Wykąpałam się, ubrałam niebieską piżamę w czarne wzory, i zasnęłam nim moja głowa opadła na poduszkę.
---------------------------------------<3-----------------------------------------
Witam, witam.Oficjalnie odwieszam bloga. Będę kontynuowała historię Tessy. Mam nadzieję że będziecie ze mną do zakończenia bloga.! :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)