Minął tydzień. Dwa, trzy. Shane się nie odezwał. Nie wiem czemu, ale ten chłopak wzbudza we mnie dziwne uczucia.Gdy o nim myślę, raz chcę z nim spędzić resztę życia, a raz chcę grzmotnąć go patelnią. Ale przecież ja już mam chłopaka którego kocham. Chyba. Sama już nie rozumiem swoich uczuć.
Przez te trzy tygodnie nic nadzwyczajnego się nie działo. Chodziłam normalnie na zajęcia, spotykałam się z przyjaciółmi, słuchałam muzyki. Ale też toczyłam ze sobą wewnętrzny konflikt. Jedna strona mnie kochała Willa, a druga, cóż. Zaczynałam czuć coś poważniejszego do Shanea. Chociaż widziałam go, i rozmawiałam z nim tylko jeden raz. Mam mętlik w głowie.
Pewnego dnia, po zajęciach wyszłam na dziedziniec Akademii i za nią, ujrzałam prześliczny lasek. Chodziłam po nim, oglądałam drzewa, słuchałam śpiewu ptaków i wsłuchiwałam się w odgłosy natury. Chodząc po lesie, znalazłam małą, piękną polanę, pośrodku której płynął strumyk. Teraz, w lecie było tu cudownie. Nikomu nie mówiłam o tym miejscu, ponieważ chciałam je zachować tylko dla siebie. Wiem, to samolubne ale nigdy na świecie nie miałam własnego miejsca. Przenosiłam się z mamą/ciocią, od miasta do miasta. Zawsze byłyśmy w podróży. W tropieniu. Polowaniu i zabijaniu demonów. Miałyśmy tylko siebie. Ale już dosyć o ponurych myślach.
Często przesiadywałam w bibliotece. Wybierałam książki o wampirach, wilkołakach, loup-garou, aniołach, czarownikach, czarownicach, demonach, duchach,elfach, wróżkach i wielu innych magicznych stworzeniach. Bardzo się tym zaciekawiłam. Szczerze mówiąc, to od dzieciństwa interesowałam się magią. To była, jest moja pasja.Czytałam różne książki, księgi i słuchałam różnych opowieści. Nie przyznałam się nikomu. To był mój mały sekret. Uprawiałam niektóre rytuały i rzucałam zaklęcia. Mogę powiedzieć że całkiem nieźle mi to wychodziło. Miałam swoją własną księgę zaklęć. Nie była zbyt duża, ale za to był potężna. Zawsze ją mam przy sobie.
Pomyślałam że sprawdzę swoją przeszłość. Wzięłam z pokoju, 5 świec. Żółtą-symbolizującą powietrze. Niebieską-oznaczającą wodę. Czerwoną-reprezentującą ogień.Zieloną- utożsamiającą się z ziemią. I moją ulubioną, fioletową- symbolizującą ducha. Do tego zaklęcia nie były one potrzebne, ale dzięki nim czułam się bezpieczniej.Naszykowałam torbę, włożyłam do niej świece, ususzoną szałwię i lawendę, oraz długie zapałki. O godzinie 11:50 w nocy, sprawdziłam czy Ivy śpi, i wyszłam z Akademii. Było ciemno, ale jako córka łowcy demonów, miałam świetną orientację, węch, słuch, wzrok, intuicję oraz poruszałam się z gracją kota.
Poszłam na moją polankę, ułożyłam świece w krąg, fioletową pośrodku. Wszystkie po kolei zapaliłam, Wzięłam szałwię i lawendę, zaplotłam je w warkocz i spaliłam. Żeby odpędzić złe duchy. Usiadłam na środku kręgu i zaintonowałam : "At praeteriti umbra volo. Indica mihi quid mihi incognitam. Abhinc annos, quos oblitus est"
To co zobaczyłam potem, było trudne do opisania.
----------------------------------------------------------------------------
Przepraszam, że taki krótki, ale następny postaram się zrobić dłuższy. XOXO